Udostępnij
Jacek Rakowiecki

Walka o normalność, o racjonalność jest obowiązkiem inteligencji i dziennikarzy zawsze, w każdej sytuacji. Kiedyś o tym zapomnieliśmy, teraz musimy sobie przypomnieć – mówi Jacek Rakowiecki, publicysta, współtwórca polskich mediów po 1989 r.

Mecenat

Grzegorz Rzeczkowski: – Czujesz się przegrany?
Jacek Rakowiecki:
 – To w ogóle nie leży w moim charakterze. Nie wyobrażam sobie, bym w ogóle mógł czuć się przegrany. Za to im jestem starszy, z jednej strony jestem coraz bardziej zdziwiony światem, z drugiej czuję lekką nostalgię i lekki smutek, bo wyobrażałem sobie kiedyś, przynajmniej w okolicy 1989 roku, że ten świat będzie wyglądał inaczej, znacznie lepiej. Że będzie ciekawszy, sensowniejszy, powiedziałbym – bardziej merytoryczny.

Ciekawi mnie, czy czujesz się przegrany jako współtwórca polskich mediów po 1989 roku. Miało być lepiej – jak mówisz – bardziej merytorycznie, a wyszło brukowo.
To, co stało się z polskimi mediami po 1989 roku, obciąża nie tylko mnie, ale i pewne środowisko czy też pokolenie. Wykazaliśmy się straszną naiwnością. Po pierwsze wierzyliśmy, że postęp jest nieuchronny, a to w ogóle jest nieprawda…

…że będzie tylko lepiej.
Myśleliśmy: „no, może w jakimś momencie trzeba będzie zrobić krok w tył, ale potem będą od razu dwa kroki do przodu”. Po drugie nie wiedzieliśmy, że jeśli coś się udało wywalczyć, psim swędem trochę, to trzeba się tym opiekować, trzeba się o to troszczyć i walczyć. Bo nic nie jest dane raz na zawsze. Wreszcie – nie wiedzieliśmy, że jeśli coś kiedyś Polsce i Polakom odebrał system polityczny, jakim była komuna, to wraz z tym znikną wszystkie zagrożenia. A przecież jest wręcz przeciwnie!

Kompletnie nie rozumieliśmy kapitalizmu. Naiwnie uważaliśmy, że to jest system, który właściwie gwarantuje wolność, równość, no może z braterstwem ma najmniej wspólnego, ale z tym braterstwem to damy radę, bo sobie dorobimy je na boku. A okazało się, że to guzik prawda, że ten system nie gwarantuje ani wolności, ani równości, że jest to, przynajmniej w wydaniu, z którym już mieliśmy do czynienia, system dla uprzywilejowanych, a nie dla wszystkich. Pewnie, co gorsza, wydawało nam się przez pewien czas, że to my jesteśmy uprzywilejowani. „I to jak najbardziej słusznie!” – myśleliśmy. Bo przecież zasłużyliśmy na to swoimi osiągnięciami, stanowimy bardzo ważny element systemu demokratycznego.

Moje pokolenie na przełomie lat 80. i 90. było zaczarowane publikacjami Guy Sormana, który opisywał wolny rynek – głównie na przykładach amerykańskich – jako coś zupełnie fantastycznego, co załatwia wszystko. Dobierał takie przykłady, które wówczas nas zachwycały. Dopiero po pewnym czasie niektórzy zrozumieli, że to jest już obłęd – jak choćby prywatyzacja wszystkiego, łącznie z więziennictwem.

Później Sorman sam wiele ze swoich tez odwołał, co jest warte odnotowania, bo w Polsce zwolennicy neoliberalizmu, jak Leszek Balcerowicz, do dziś uparcie trwają przy swoim. Ale wówczas taki sposób myślenia miał wyznaczać drogę do jakiegoś świetlanego celu. Tego Sormana wzmacnialiśmy zresztą jeszcze różnymi Hayekami czy Misesami i byliśmy święcie przekonani, że wolny rynek to jest to, co najlepiej odpowiada ludzkiej naturze, potrzebom i godności.

Długo żyliście tym złudzeniem?
Bardzo długo do nas docierało, że ten rynek nie jest wolny, a nawet jeśli jest, to działa w sposób wyjątkowo krzywdzący, a nie sprawiedliwy. Przez długie lata dziennikarze żyli pod kloszem: osiągali z roku na rok lepsze dochody, wchodzili w najnowsze wynalazki społeczeństwa kapitalistycznego, czyli w to, co można było dostać za dodatkową opłatą, która przy rosnących zarobkach nie była aż taka straszna. Mam na myśli m.in. prywatne szkoły czy służbę zdrowia. Wszystkie tego typu udogodnienia sprawiały, że coraz bardziej izolowaliśmy się od problemów zwykłych ludzi.

Oczywiście siłą rzeczy dziennikarze, a reporterzy w szczególności, też mieli dostęp do ludzkiej biedy i nędzy, ale – choć nie było tak, żebyśmy się tym nie przejmowali, bo przejmowaliśmy się, i to bardzo – nie rozumieliśmy systemowości zjawiska wykluczenia. To były enklawy, z którymi należało walczyć i my walczyliśmy bardzo szczerze, ale nie zdawaliśmy sobie sprawy, że to nie jest wyjątek od reguły, tylko że to jest reguła. A to my jesteśmy wyjątkami.

Trzeba zdawać sobie też sprawę, co może zabrzmi jak łatwe wytłumaczenie, ale tak było – byliśmy niesłychanie zapracowani. W ciągu moich pierwszych pięciu lat w „Gazecie Wyborczej” harowałem po 12–14 godzin dziennie, z wszystkimi niedzielami włącznie, w soboty głównie odsypiając. Nasz kontakt z rzeczywistością siłą rzeczy więc słabł. Wpadliśmy w pułapkę solipsyzmu. W dodatku w pewnym momencie przestaliśmy rozmawiać – ze sobą, z innymi. Z ludźmi.

To, co było siłą środowisk inteligenckich lat 70. i 80., czyli nieustanne „nocne Polaków rozmowy”, poszerzało horyzonty. Później nie było już na to czasu. Zamykaliśmy się w swoich środowiskach, dość jednak wąskich. Jeśli się spotykaliśmy, to na imprezach, na które chodzili ludzie z mojej redakcji i jeszcze ewentualnie z kilku zaprzyjaźnionych. I o czym się wówczas rozmawiało? Oczywiście o tym, co się dzieje w redakcji. To się przeżywało. Plus jakieś ważne, spektakularne czy bulwersujące wydarzenia polityczne. Cała reszta znikała.

Z tego powodu nie zauważyliśmy, że raptem system tak korzystny dla mediów zaczyna tracić swoje podstawy ekonomiczne. Bo do drugiej połowy lat 90. wszystko szło lepiej. Coraz więcej redakcji, więcej zatrudnianych w nich ludzi, coraz wyższe płace…

… coraz wyższe nakłady i przychody z reklam. Można było się zachłysnąć.
To też uśpiło, to też sprawiło, że nie istniała żadna reprezentacja środowiskowa dziennikarzy, bo Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich co prawda działało, ale gdzieś tam, na jakimś kompletnym marginesie. Nie było wymiany opinii. Ba! Pamiętam sytuację, gdy gdzieś w połowie lat 90. dowiedziałem się, że prasa na Zachodzie, do którego przecież aspirowaliśmy, wcale nie działa na zupełnie wolnym rynku. Tam miano świadomość, że wolne, merytoryczne media są piekielnie ważne dla całego systemu. Owszem, u nas się to międliło, że „czwarta władza, czwarta władza”, ale niewiele z tego wynikało poza satysfakcją, że w wyniku jakiegoś tekstu poleciał minister albo coś się zmieniło. Ale to było tylko naskórkowe.

Dowiedziałem się więc, że media jakościowe w świecie Zachodu są dowartościowane przez tamtejsze systemy polityczne. Rozumie się ich rangę i konieczność zapewnienia im dobrej pozycji oraz kondycji ekonomicznej, dlatego dostają różne zniżki czy ulgi. Pamiętam, że gdy zacząłem rozmawiać o tym z różnymi znajomymi – a było to w momencie, gdy zmiana pojawiła się na horyzoncie, gdy było już wiadomo, że w gospodarce dzieje się coś niedobrego – to miażdżąca większość z nich mówiła: „przestań, to jest wolny rynek, każdy ma takie same prawa. Jak medium będzie dobre, to się utrzyma i nie będzie miało problemów z reklamami”. Muszę powiedzieć, że poziom naiwności ludzi wyspecjalizowanych przecież w opisywaniu gospodarki, polityki czy spraw społecznych był po prostu przerażający. Taki pogląd mógł być zrozumiały w roku 1989, gdy świat dopiero stawał przed nami otworem, ale po pięciu, siedmiu latach już się otworzył i mogliśmy dowiedzieć się wszystkiego, czego chcieliśmy.

Nie chciałbym, żeby to, co mówię, zabrzmiało tak, by wywołało reakcję w rodzaju: „och, ci biedni dziennikarze, jak im się bardzo pogorszyło, ale co to nas obchodzi”. Otóż nie, nie o to chodzi. Nie ubolewam nad sobą czy kolegami (choć po ludzku w jakimś sensie ubolewam), ale nad tym, że spsienie mediów, z którym mamy do czynienia, jest potwornie niebezpieczne dla państwa, dla społeczeństwa, a w końcu także dla demokracji. To jest podstawowy problem.

To, co było siłą środowisk inteligenckich lat 70. i 80., czyli nieustanne „nocne Polaków rozmowy”, poszerzało horyzonty. Później nie było już na to czasu. Zamykaliśmy się w swoich środowiskach, dość jednak wąskich.

Nie przyszło wam do głowy, że gazeta to jednak nie proszek do prania, który ma się dobrze sprzedawać? Że nacisk na sprzedaż wpłynie negatywnie na jakość?
Ależ mieliśmy tego pełną świadomość. Bardzo długo to był dominujący nurt myślenia, przekładający się na rzeczywistość. W końcu np. „Wyborcza”, która była jedną z moich najważniejszych przygód, rozwijała się głównie pod względem merytorycznym. Dużo wkładaliśmy wysiłku, by zapewnić odpowiednią jakość treściom w niej publikowanym. Nie w tym leżał problem, ale w tym, że konstrukcja finansowa mediów opiera się na rusztowaniu z trzciny.

Spółka wydająca „Wyborczą” zdecydowała się w połowie lat 90. wejść na giełdę. Oznaczało to w skrócie, że od tego momentu wszystko zostanie podporządkowane zyskowi. To było dobre, gdy rynek mediów dynamicznie się rozwijał, gdy przyszła stagnacja, trzeba było ciąć, głównie etaty dziennikarzy. Zaczęło się piłowanie gałęzi, na której tkwiły wszystkie media.
Mnie na szczęście już w „Wyborczej” wtedy nie było. Więc mnie to nie obciąża. Ale oczywiście mieliśmy infantylnie optymistyczny sposób myślenia. Pamiętam jeszcze klimat, który towarzyszył decyzji wprowadzenia Agory na giełdę. Przecież wiadomo było, co to jest polska giełda. No, eksplozja po prostu. Fantastycznie wszystko przyrasta. Wiedzieliśmy, że giełda z kwartału na kwartał sprzedaje się coraz lepiej. Trzeba było pamiętać, że były to czasy, gdy codzienne wydania „Wyborczej” sprzedawały się w nakładzie powyżej pół miliona egzemplarzy, a wydanie sobotnie przekraczało milion. Wydawało się, że ten ruch w górę jest stały i że owszem, giełda jest potrzebna, by wygenerować dodatkowe środki na inwestycje.

Podstawowym zagrożeniem okazało się to, że nikt nie zdawał sobie sprawy, co się stanie, gdy niezależnemu od nas kryzysowi ekonomicznemu zacznie towarzyszyć w całej krasie potężny, najistotniejszy w kapitalizmie czynnik, czyli komercjalizacja. Ta w przypadku mediów jakościowych oznacza przede wszystkim spłycenie i uproszczenie – żeby było atrakcyjniej, żeby nie zmuszać do myślenia, żeby było bardziej kolorowo i sensacyjnie. Pamiętam, jak już w drugiej połowie lat 90., gdy w ramach moich wędrówek po różnych redakcjach byłem też redaktorem naczelnym „Vivy”, która – upieram się – nie była wtedy wcale takim złym i mało ambitnym pismem, byłem zdumiony, że koledzy z tej prasy politycznej, opiniotwórczej w ogóle nie interesowali się tym, że w 1999 roku miażdżącą większość sprzedawanej w Polsce prasy stanowiła już tzw. kolorówka, a nie „Wyborcza” czy „Rzeczpospolita”. Nikt się w tych „poważnych” redakcjach nie interesował się tym, co czyta 90 procent odbiorców, ten świat dla nich nie istniał, choć bez niego trudno było uzyskać pełny obraz polskich mediów, a co za tym idzie – również społeczeństwa. To też był element tego odcinania się od rzeczywistości, o którym wcześniej mówiłem.

Tzw. poważne media bardzo długo nie zawracały sobie głowy tym segmentem rynku, a gdy już spróbowały na niego wejść, trochę na siłę, był już zajęty. Dlatego skutek był marny. Uważam, że gdyby w odpowiednim czasie, czyli w połowie lat 90., zaczęto budować również jakościową prasę kolorową, mogłoby to inaczej wyglądać. Wielu ludzi poszło do „kolorówki”, bo nie chciało czytać wyłącznie o polityce i gospodarce, ale również o trudnych, bolących sprawach społecznych czy nawet o tzw. urodzie życia. A taką ofertę dostali tylko od marnych kopii marnych pism zachodnich.

Dotknąłeś ważnego tematu izolacji dziennikarzy, ich zamknięcia się we własnych gronach. Odnoszę wrażenie, że w efekcie wartości liberalnej demokracji, które najważniejsze polskie media głosiły – bardzo zresztą istotne dla społeczeństwa i państwa – przestały być przyjmowane. Media zaczęły mówić ponad głowami ludzi, straciły wiarygodność.
Po 1989 roku ważnym punktem odniesienia dla mediów stał się Leszek Balcerowicz jako reprezentant pewnego sposobu myślenia. Myśmy go wszyscy entuzjastycznie poparli. On, stając się symbolem przemian w Polsce po 1989 roku, ważniejszym nawet niż Lech Wałęsa czy Tadeusz Mazowiecki, stał się paradoksalnie takim antysymbolem wykluczonych, których reprezentował Andrzej Lepper. Tylko my wówczas widzieliśmy wyłącznie Leppera, nie widzieliśmy wykluczonych. W związku z tym obrona Balcerowicza była absolutnie nadrzędną wartością. Ze wszystkim innym można było iść na kompromis. Z tym nie. I nie chodziło tylko o obronę Leszka Balcerowicza jako partyjnego lidera, polityka i ministra, ale o obronę pewnej wizji, która sprowadzała się do głębokiej wiary w to, że każdy jest kowalem własnego losu. I ponieważ na naszym przykładzie to się sprawdzało – bo myśmy swój los wykuli, jesteśmy dobrze sytuowani, poważani, profesjonalni, w zasadzie tacy jak na Zachodzie (tylko, cholera, oni tam jeszcze więcej od nas zarabiają) – to sądziliśmy, że to się powinno sprawdzić również w przypadku innych. W tym była taka upiorna pułapka, że my, broniąc Balcerowicza, broniliśmy całej filozofii, jak się wnet okazało, dziewiętnastowiecznego kapitalizmu.

Broniliście siebie.
Powiedziałbym na usprawiedliwienie siebie i środowiska, że nie mieliśmy takiej świadomości. My naprawdę w te idee głęboko wierzyliśmy, co oczywiście może świadczyć o nas jeszcze gorzej, bo to znaczy, że dodatkowo byliśmy jeszcze idiotami. Ale bardziej idiotami niż kłamcami jednak.

Pozwolę się jeszcze zdystansować od mojego środowiska, choć może nie wypada: w licznych dyskusjach w ramach tego wąskiego życia towarzyskiego próbowałem na różne rzeczy koleżanki i kolegów uczulać. W odpowiedzi na moje uwagi i wątpliwości słyszałem, że żyjemy w najlepszym z możliwych systemów, że tylko nieudacznicy nie dają sobie w nim rady, a socjal w Polsce może i jest słaby, ale trzeba wziąć pod uwagę, że jesteśmy jeszcze biednym państwem. Poczekajmy – mówiono – za chwilę klasa średnia się wzbogaci, a jak się to stanie, to po prostu rzuci te pieniądze biednym i nastanie powszechna szczęśliwość. Na razie zaś zaciśnijmy zęby, bo jeszcze trochę, jeszcze do Unii, jeszcze kolejna transza pieniędzy z Brukseli…

Oczywiście upraszczam, ale pamiętam takie rozmowy. Ich ton zaczął się zmieniać dopiero po wybuchu kryzysu w 2008 roku. Ale i tak nie w przypadku wszystkich. Mam takich kolegów, znane dziennikarskie nazwiska, którzy zatrzymali się w czasach Dickensa. Dickensa! Twierdzą na przykład, że kultura nie powinna być dotowana przez państwo, bo dobra kultura obroni się sama. Mnie to przeraża.

Uważam, że kapitalizm trzeba trzymać za gardło, bo inaczej nas zeżre. Szkoda, że znaczna część środowiska dziennikarskiego po dziś dzień tego nie wie i nie jest w stanie zrozumieć. Na marginesie – zastanawiam się, czy coś takiego jak środowisko dziennikarskie w ogóle jeszcze istnieje.

Zastanawiam się od dawna, jak to się stało, że tak prężna i wpływowa w gruncie rzeczy grupa nawet w najlepszym dla siebie okresie, czyli w latach 90., nie była w stanie stworzyć sprawnej organizacji, która pilnowałaby standardów i dbałaby o interesy dziennikarzy, a co za tym idzie – społeczeństwa. Bo, co warto jeszcze raz mocno podkreślić, bez wartościowych mediów i dziennikarzy demokracja kuleje. Efekty tego zaniechania widać dziś jak na dłoni, gdy środowisko dziennikarzy jest rozbite, przez to bardziej podatne na naciski. I działa pod rządami ustawy prasowej napisanej w stanie wojennym.
Strasznie trudno na to pytanie odpowiedzieć. Poza wrodzoną niechęcią Polaków do zrzeszania się i działalności społecznej są co najmniej trzy sprawy, które o tym w znaczący sposób zdecydowały. Po pierwsze, jest to bardzo indywidualistyczne i dość egoistyczne środowisko, w którym pracuje się na własne nazwisko. W dodatku, jak wspomniałem, izolację pogłębiał fakt, że dziennikarze byli wtedy straszliwie zapracowani, większość z nich harowała całymi latami.

Po drugie wydawało nam się, że żyjemy już w najlepszym z możliwych światów, w którym wszystko się ułoży samo. Istniało głębokie przekonanie, choć to zabrzmi absurdalnie, że będzie coraz lepiej. Że władza popełnia jakieś głupoty, my to opisujemy, piętnujemy, ale generalnie wszystko idzie do przodu i że ktoś w końcu zrobi za nas to, do czego powinniśmy doprowadzić sami w swoim imieniu. Na przykład do zmiany ustawy o prawie prasowym.

Kolejna kwestia: w tamtym czasie opisywaliśmy wiele roszczeń, wszyscy czegoś żądali, więc było nam głupio do tego dołączyć i co – żądać dla siebie? No, nie wypada. W wielu redakcjach, w których pracowałem, niechętnie pisano o problemach mediów i prasy, bo „co to czytelników interesuje”. Byłem i jestem przekonany, że inteligentnego czytelnika jednak interesuje to, jaka jest przyszłość czegoś, co jest jego codziennym na ogół towarzyszem. Ale w redakcjach nikt się tym na serio nie zajmował.

Co prawda istniało wspomniane SDP, ale nikogo jego działalność nie interesowała. Zabrakło świadomości, że ten nasz, własny, ale dobrze pojęty interes jest również interesem społecznym, co udało się na przykład środowisku filmowemu, które zmieniło ustawę o kinematografii i doprowadziło do utworzenia Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej.

Gdy u dziennikarzy ta świadomość przyszła, bo wszystko zaczęło się walić, było już za późno. Tym bardziej że SDP zostało zawłaszczone przez tzw. niepokornych, co zresztą reszta przyjęła z kompletną obojętnością. Nikogo to nie obchodziło. Na własne życzenie straciliśmy nie tylko narzędzie walki o wspólne interesy zawodowe, socjalne, ale także o właściwą społeczeństwu demokratycznemu rolę mediów i prasy.

Dotykamy w tym miejscu innej, ważnej przyczyny braku środowiskowej reprezentacji dziennikarzy – w pewnym momencie zaczęliśmy się dzielić politycznie. Te podziały stale się pogłębiały, doszły do poziomu nienawiści, co kompletnie rozwaliło środowisko.

Część duszy dziennikarze oddali wolnemu rynkowi, część – polityce i politykom. No właśnie – dlaczego dziennikarze tak chętnie, już od 1989 roku, angażowali się w spory polityczne i tak łatwo dali się politycznie podzielić? Naiwna wiara, że jak się przykleimy do tej czy innej opcji, to coś zdobędziemy?
Ująłbym to inaczej. Dziennikarze z tzw. głównego nurtu, poza nielicznymi wyjątkami, nigdy się nie przyklejali. Popierali pewną wizję cywilizacyjno-polityczną i to był bardzo świadomy, ideowy wybór. Tyle tylko, że podzielanie wspólnej wizji przekształciło się w bezdyskusyjne poparcie dla konkretnej partii. To przejście zostało niezauważone. Trzeba uczciwie jednak powiedzieć, że ten podział dotyczy nie tylko dziennikarzy, ale też znacznej części polskiej klasy średniej, elit. W którymś momencie, widać to jeszcze dziś, szczególnie w sporach toczonych na Facebooku, krytyka PO była w naszym środowisku niedopuszczalna. Jeśli ktoś to robił, był wrogiem – i nieważne, czy była to krytyka merytoryczna, czy nie. Bo jeśli krytykujesz naszą partię, to znaczy, że się stawiasz po drugiej stronie.

Trzeba jednak mocno podkreślić, że dużo bardziej przyklejeni – tyle że do PiS – byli i są tzw. dziennikarze niepokorni. Z socjologicznego punktu widzenia to całkowicie zrozumiałe. W sytuacji kryzysu mediów, gdy dziennikarze zarabiają za mało, są zwalniani z powodów ekonomicznych i uczciwej, dobrze płatnej pracy jest jak kot napłakał, oni przez wiele lat znajdowali się w tragicznej sytuacji bytowej. Ale trwali na swoich pozycjach, bo jeżeli w którymś momencie zadeklarowali się po jednej stronie, to nie mieli powrotu. W Polsce niełatwo byłoby taki powrót wybaczyć – trzeba by było wcześniej odbyć dłuższą drogę do Canossy i strasznie dać się przeczołgać. „Niepokorni” musieli więc grać na przyklejenie do PiS, bo to im dawało nadzieję na przeżycie w tym zawodzie.

Inna zasadnicza różnica między dziennikarzami wspierającymi Platformę a dziennikarzami propisowskimi jest taka, że na PO jednak można ponarzekać, można ją skrytykować, o ile oczywiście nie pójdzie to za daleko, to znaczy: jeśli nie poprze się w ten sposób PiS. Po tamtej stronie czegoś takiego nie ma. Tam jest monolit. Co najwyżej można podywagować, czy Jarosław Kaczyński jest najgenialniejszy, czy tylko genialny; czy Antoni Macierewicz wykrył już wszystkie spiski, czy powinien jeszcze jakąś rozerwaną eksplozją parówkę zaprezentować.

W tym podziale widać dwa typy mentalności – całkowicie zamkniętą i bardziej otwartą, choć klasyczni wyznawcy PO w Polsce sytuujący się w centrum, przetransponowani na Zachód sytuowani byliby bardziej na prawo.

Niektórzy mówią, że z dziennikarzami i mediami jest jak z żabą, która wskoczyła do garnka, gdy woda była jeszcze chłodna, a kiedy ktoś podpalił pod nim ogień, zbyt późno zauważyła, że pływa we wrzątku. Jesteśmy ugotowani?
Problem nie polega na tym, że żaba jest ugotowana, tylko na tym, że ona twierdzi, że nie jest. Czyli uważa, że jest kimś zupełnie innym, niż mówi rzeczywistość. To jest najbardziej tragiczne. Ale to w sumie normalne, bo życie w schizofrenii jest jedną z najbardziej charakterystycznych polskich cech.

W 1989 roku popełniliśmy jeden podstawowy błąd – byliśmy przekonani, że wystarczy, by każdy robił swoje porządnie, nawet w jakimś małym, stosunkowo zamkniętym kółku. Jakoś wszystko się ułoży, jakoś to będzie. Dopiero dużo później zrozumieliśmy, że to nieprawda. Walka o normalność, o racjonalność jest psim obowiązkiem inteligencji i dziennikarzy zawsze, w każdej sytuacji, szczególnie w tak niebezpiecznym otoczeniu, jakie stwarza kapitalizm. O tym wtedy zapomnieliśmy, a teraz musimy sobie to przypomnieć. Inaczej będziemy zjedzeni.

Tekst ukazał się w 52. numerze kwartalnika „Ha!art”

Jacek Rakowiecki (1958) – redaktor, dziennikarz, komentator polityczny, recenzent filmowy i teatralny, selekcjoner 33. Warszawskich Spotkań Teatralnych w 2013 r. Debiutował tekstami w drugim obiegu wydawniczym z końcem lat 70. Był m.in. sekretarzem redakcji „Tygodnika Powszechnego” i „Gazety Wyborczej”, zastępcą redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej”, naczelnym „Vivy!”, „Przekroju”, teatralnego „Foyer” i „Filmu” oraz rzecznikiem prasowym TVP. Członek-założyciel Towarzystwa Dziennikarskiego, prezes utworzonego przez TD Funduszu Mediów, który finansuje ambitne projekty dziennikarskie.